Profesor Bogdan Solnica - Nie masz medyka bez analityka

Nie masz medyka bez analityka

Wywiad z Profesorem Bogdanem Solnicą z Katedry Biochemii Klinicznej Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum.

Panie Profesorze, proszę powiedzieć, jak zmienił się rynek usług diagnostycznych w Polsce w ciągu ostatnich kilku lat?

Trudno mi oceniać rynek, bo tu trzeba wziąć pod uwagę bardzo konkretne parametry. Mogę natomiast powiedzieć, jak w sensie strukturalnym zmieniła się diagnostyka laboratoryjna w ciągu ostatnich kilku czy kilkunastu lat.

Polska diagnostyka laboratoryjna zawsze cechowała się dużym rozdrobnieniem. I tak jest nadal. Mamy bardzo dużo laboratoriów. Większość z nich to laboratoria bardzo małe, małe i średnie. Dużych laboratoriów jest niewiele. Od kilkunastu lat jest widoczny trend polegający na centralizacji diagnostyki laboratoryjnej. Powstają duże laboratoria wmontowane w strukturę czegoś, co nazywamy, zupełnie nie po polsku, laboratoriami sieciowymi. W rzeczywistości są to sieci laboratoriów, które prowadzą tzw. core labs – duże laboratoria centralizujące znaczną część wykonywanych badań. To jeden kierunek rozwoju.

Równolegle rozbudowują się laboratoria w publicznych placówkach służby zdrowia: w dużych szpitalach, szpitalach klinicznych oraz podobnych instytucjach, również laboratoria pracujące na rzecz lecznictwa otwartego. Ta tendencja jest wyraźna i sądzę, że z czasem będziemy mieli coraz mniej coraz większych laboratoriów.

Pamiętajmy, że nasze laboratoria nie są wyposażone gorzej niż odpowiadające im wielkością laboratoria w innych krajach Europy i w USA. U nas działają przecież te same firmy i mamy ten sam sprzęt. Ale pomimo dobrego dostępu do metodyki i dobrego wyposażenia oferowany panel badań nie zawsze jest wystarczający dla użytkowników. Pewne grupy badań są trudno dostępne.

Inny widoczny ostatnio trend to rozwój genetyki molekularnej. Jak grzyby po deszczu pojawiają się większe i mniejsze laboratoria genetyczne – można dyskutować o ich funkcjonowaniu, jakości obsługi klientów, formułowania wyników. To jest jednak osobny temat.

A co z outsourcingiem usług laboratoryjnych, Panie Profesorze?

Na pewno budzi on wiele emocji. Początkowo outsourcing cieszył się entuzjastycznym przyjęciem menedżerów służby zdrowia. Efekt jest taki, że wiele laboratoriów szpitalnych jest faktycznie w strukturze szpitala, a formalnie poza nią, bo pracownicy tych laboratoriów są zatrudniani przez innego pracodawcę. Czy to jest źle, czy to jest dobrze – nie ma prostej odpowiedzi. Jestem daleki od ocen zerojedynkowych.

Z jednej strony mówi się, że outsourcing to zbawienie, bo wreszcie laboratoria są profesjonalnie prowadzone. Z drugiej strony słyszymy, że to katastrofa, bo oszczędza się w tych laboratoriach na jakości. Trzeba powiedzieć, że są miejsca w kraju, gdzie outsourcing pomógł, i są miejsca, gdzie się zupełnie nie sprawdził – szczególnie tam, gdzie zakres działalności laboratorium wykracza poza rutynową diagnostykę, kiedy laboratorium ma pełnić funkcje naukowo-badawcze czy edukacyjne. Przekonała się o tym jedna uczelnia medyczna, gdy  pomimo deklaracji i korzystnych zapisów w umowach okazało się, że pewne rzeczy zupełnie nie działały.

Skoro jesteśmy przy nowościach na rynku diagnostycznym – jakie, Pana zdaniem, są najważniejsze czynniki rozwoju rynku diagnostyki laboratoryjnej w Polsce? Lub inaczej: co ogranicza rozwój rynku diagnostycznego?

Tu działa oczywiście święta zasada podaży i popytu. Jeżeli jest zapotrzebowanie na jakieś badania, które pojawiły się w praktyce medycznej, to one wejdą do oferty laboratorium. Wymusi to rynek czy decyzje na poziomie dyrekcji szpitali bądź innych uprawnionych do tego podmiotów. Czy to działa bez zarzutu, tego nie wiem, ale przygotowanie lekarzy do korzystania z diagnostyki laboratoryjnej nie jest doskonałe. Wskazane jest położenie większego nacisku na diagnostyczną edukację przyszłych lekarzy. Z różnych powodów – organizacyjnych, kadrowych – nauczanie diagnostyki laboratoryjnej różnie wygląda na różnych uczelniach. Trzeba przyjrzeć się standardom kształcenia w tej dziedzinie, organizacji zajęć, kadrze, która je prowadzi.

Czyli lekarze powinni pamiętać o starym przysłowiu: „Nie masz medyka bez analityka”.

Tak. Na pewno jest ważne, żeby lekarze od początku czuli diagnostykę laboratoryjną i umieli ją racjonalnie wykorzystywać, bo to będzie wtedy takim drive’em dla rozwoju diagnostyki czy medycyny laboratoryjnej w całości jako segmentu systemu ochrony zdrowia.

A co z finansowaniem?

Wszyscy się zgadzają co do tego, że badań laboratoryjnych robi się w Polsce za mało. To taka obiegowa opinia formułowana na podstawie wydatków na diagnostykę laboratoryjną per capita – na poziomie 4 euro rocznie jesteśmy daleko za Czechami i Słowakami, nie mówiąc o Niemcach czy Brytyjczykach. Ale tak naprawdę nie wiadomo, ile badań laboratoryjnych robi się w Polsce. Możemy korzystać wyłącznie z danych sprzedażowych producentów i dystrybutorów. NFZ bowiem takich statystyk nie prowadzi. Wymóg raportowania przez lekarzy POZ przestał obowiązywać, nie ma zatem danych do żadnych analiz, aby to ocenić. Robimy za mało badań, ale których przede wszystkim?

Osobiście uważam, że szczególnie źle wygląda sytuacja z wykorzystaniem badań w medycynie profilaktycznej. Wszystkie badania, które powinny być wykonywane jako przesiewowe, są wykonywane w stopniu o wiele za małym, niż wynikałoby to z sytuacji demograficznej i epidemiologicznej w naszym kraju. Bierze się to, po pierwsze, z za małej ilości pieniędzy w systemie i po drugie – z dziwnego usytuowania diagnostyki laboratoryjnej w systemie ochrony zdrowia, która jest gdzieś z boku, nie tyle w sensie organizacyjnym, ile finansowym. Od dawna Krajowa Izba Diagnostów Laboratoryjnych toczy bój o to, by badania laboratoryjne były odrębnie kontraktowane i rozliczane z płatnikiem. Rzadko formułowany jest przez płatnika (a tylko ten kto płaci, wymaga najskuteczniej) wymóg, aby te badania były zlecane. Wymyślano różne rozwiązania protezowe, np. rozporządzenie w sprawie świadczeń gwarantowanych w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej, gdzie punktację, czyli opłacanie poszczególnych wizyt u lekarzy specjalistów wiązano z liczbą badań laboratoryjnych zlecanych przez tych lekarzy. Było to prymitywne, bo oczekiwano mechanicznego zlecania badań – z punktu widzenia kalkulacyjnego, a nie merytorycznego. Jest to problem wciąż nierozwiązany, który w efekcie zmniejsza liczbę zlecanych badań. Czyni to pewne elementy systemu ochrony zdrowia dysfunkcjonalnymi i – paradoksalnie – droższymi.

Z jednej strony mamy zatem laboratoria, które świadczą usługi na wysokim poziomie nieodbiegającym od standardów europejskich, a z drugiej strony ograniczenia rozwoju diagnostyki. Przed jakimi wyzwaniami stoi diagnostyka laboratoryjna w Polsce? Co ją czeka w ciągu najbliższych 5–10 lat?

Osobiście uważam, że głównym wyzwaniem w funkcjonowaniu polskiej diagnostyki jest jakość badań. Powinniśmy do tego podchodzić bardzo radykalnie. Powinniśmy bezpośrednio wiązać jakość wykonywanych badań z możliwością ich wykonywania w ogóle. Nie jest to niczym nowym. Na świecie istnieją takie rozwiązania. Krajem, do którego można by równać, są Niemcy. Działa tam instytucja kontrolująca jakość badań i mająca kompetencje administracyjne, aby zamknąć placówkę niespełniającą standardów. U nas regulacje w tym zakresie są za miękkie. Mamy rozporządzenie Ministra Zdrowia z 2006 roku, wielokrotnie modyfikowane, gdzie jest napisane, że laboratorium jest zobligowane do prowadzenia zewnętrznej i wewnętrznej kontroli jakości, tylko nie rozwinięto tematu wyników tej kontroli i co z tych wyników nomen omen wynika.

Zatem dużym wyzwaniem jest stworzenie jednolitego systemu obejmującego wszystkie podmioty na rynku świadczeń diagnostycznych. Publiczne czy niepubliczne – wszystkie placówki powinny podlegać tym samym rygorom. Na podobieństwo Państwowej Inspekcji Farmaceutycznej planuje się stworzenie czegoś w rodzaju Inspekcji Diagnostyki Laboratoryjnej. Jest to całkiem dobry pomysł, ale pod warunkiem, że inspektorzy będą mieli odpowiednie warunki do działania. Musi temu towarzyszyć utworzenie podmiotu zajmującego się zewnętrzną kontrolą jakości i sprawdzaniem biegłości, dysponującego dobrymi materiałami kontrolnymi, infrastrukturą, zapleczem informatycznym itd. Tutaj nie może być żadnego słabego punktu, bo efekty takiej kontroli będą kluczowe dla przetrwania laboratoriów.

I to nie jest spojrzenie z zewnątrz. Spędziłem wiele lat mojego życia zawodowego w laboratorium. Znam to wszystko od środka. Wiem, że błędów nie da się uniknąć, ale trzeba zmniejszać ich ryzyko. Podsumowując: metodyka i technologia nie są naszym problem, do tego mamy nieograniczony dostęp. Naszym problemem nie są też kadry – kształcimy diagnostów na studiach uniwersyteckich, mamy szkolenie podyplomowe, chyba najbardziej rozbudowane w Europie. Są pewne problemy organizacyjne i finansowe. Niezbędne też jest stworzenie systemu kontroli i egzekwowania wyników tej kontroli.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Krzemień
EUROIMMUN POLSKA Sp. z o.o.
www.euroimmun.pl

Nie znalazłeś odpowiedzi na nurtujące Cię pytanie? Prześlij je nam, a odpowiedź wkrótce ukaże się na blogu: blog@euroimmun.pl

2 komentarze do “Nie masz medyka bez analityka

  1. Co to znaczy „planuje się ” powstanie „czegoś w rodzaju ” inspekcji Laboratoryjnej ( ?!) i kto to planuje? Czy „plany ” opierają się na konsultacjach w środowisku diagnostów laboratoryjnych, czy jest to pomysł, który powstał dla realizacji czyjegoś osobistego celu w szybkim tempie. Przed nami kolejny zjazd PTDL oraz wybory do władz KIDL – może tam byłoby miejsce na dyskusję . Mamy od lat obowiązkowy udział laboratoriów w krajowych badaniach biegłości – rozumiem, że były one do niczego i trzeba przekreślić działania prof. Brzezińskiego. Udział w kontrolach zewnątrzlaboratoryjnych określają obowiązujące rozporządzenia i wszystkie laboratoria winny się do nich stosować. Ponadto Samorząd dysponuje instrumentem w postaci Zespołu Wizytatorów. Może lepiej byłoby skuteczniej egzekwować przepisy i udoskonalać instrumenty, niż powoływać kolejne organy kontrolne . Interesujący jest wątek edukacyjny, popieram.

    • Spokojnie…. „Planuje się” w Ministerstwie Zdrowia. Gdy pomysł nabierze kształtu projektu aktu prawnego, z pewnościa będzie poddany konsultacjom. Odrzucanie z góry czegoś, czego jeszcze nie ma jest chyba przedwczesne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *